15 historii z dzieciństwa, które śmieszą tak bardzo, że aż wstyd

Rodzina i dzieci
godzina temu
15 historii z dzieciństwa, które śmieszą tak bardzo, że aż wstyd

Pamiętacie ten dziwny i wspaniały czas, gdy wstyd był wielkości ziarnka grochu, a za to zapał... jak arbuz? Wtedy logika kończyła się na „a co, jeśli?”, a konsekwencje były problemem dorosłych. Dzieciństwo to kraina czystych, desperackich eksperymentów. Zebraliśmy 15 historii o nas samych z czasów, gdy byliśmy małymi, nieustraszonymi burzycielami spokoju. To nie jest zwykłe „ojej, jakie śmieszne”. To ten szczególny rodzaj wspomnień, przy których najpierw boli brzuch ze śmiechu, a potem palimy się ze wstydu, bo dociera do nas, że to byliśmy my. Przygotujcie się na najbardziej żenującą, a zarazem najweselszą dawkę nostalgii!

  • Mój tata kiedyś wcielał się w rolę Świętego Mikołaja, byłam wtedy jeszcze w przedszkolu. Zupełnie nie zauważyłam żadnych przygotowań. Pojawił się naprawdę efektownie: sala była na parterze, więc Mikołaj wszedł... przez okno (na zewnątrz chyba postawili taboret). Recytuje wierszem, że wpadł tylko na chwilkę i kończy pytaniem: „Poznaliście mnie?”. Na co w całej sali, pełnej setki dzieci, rozlega się mój przeszczęśliwy głos: „Tak! To mój tata!”. © Pikabu
  • W dzieciństwie bardzo odpowiedzialnie podchodziłem do wynoszenia śmieci. Raz jednak zdarzyło mi się o nich zapomnieć, a rodzice właśnie parkowali pod domem. Czując, że i tak dostanę burę, chwyciłem worek, wbiegłem na najwyższe piętro i tam go zostawiłem. Ku mojemu zdziwieniu, mimo tej sprytnej akcji, i tak oberwałem — za to, że nie wyrzuciłem śmieci, a także za to, że „wyrzuciłem” rzeczy taty, które akurat były w wyniesionym przeze mnie worku. Ostatecznie wysłano mnie, żebym wyciągał je ze śmietnika. © Ideer
  • Gdy przyszła pora pójścia do szkoły, mama zaprowadziła mnie na przesłuchanie. Miało ono sprawdzić, czy dziecko potrafi logicznie myśleć. Siedzimy więc w gabinecie: ja, mama i nauczycielka. Padają pytania, odpowiadam. I nagle słyszę: „Co to jest związek?”. Pomyślałam i zaczęłam: „No, to jest wtedy, kiedy pan i pani...”. Mama robi się czerwona, nauczycielka zaczyna się pocić, a ja kończę spokojnie: „...łapią się za ręce!”. Obie odetchnęły z ulgą. © VK
  • Mój tata ma na imię Albert. Kiedy byłem mały, w przedszkolu dostaliśmy zadanie: napisać imię taty. Zastanowiłem się chwilę (bo mama w domu nazywała tatę Alek) i dziecięcy umysł wyciągnął logiczny wniosek: skoro Alek, to pełne imię musi brzmieć Aleksander — więc tak właśnie napisałem. Wychowawczyni była chyba trochę zdziwiona, a wieczorem czekało mnie przesłuchanie od rodziców: kim jest ten Aleksander i dlaczego wpisałem go jako swojego ojca. © Ideer
  • Kiedy byłam dzieckiem, mama zapisała mnie do szkoły plastycznej. Na zajęciach oczywiście pilnie malowałam farbami na płótnie i wykonywałam wszystkie zadania, ale w domu zwykłe płótno wydawało mi się strasznie nudne, więc brałam wyciągałam sukienki mamy i domalowywałam na nich różne ornamenty. Co najciekawsze, kiedy mama zobaczyła to po raz pierwszy, wcale mnie nie skarciła. Z dumą nosiła „pomalowane” sukienki do pracy i wszystkim opowiadała, że to jej córka jest taka utalentowana. Ten gest bardzo mnie wtedy uskrzydlił, dlatego dorastając robiłam wszystko, żeby zostać projektantką. Dziś mam wielu wpływowych klientów, ale największą dumą na zawsze pozostanie dla mnie mój pierwszy i najważniejszy klient — moja mama. © VK
  • Moja przyjaciółka od zawsze marzyła, żeby zostać fryzjerką. Pamiętam, jak w dziesiątej klasie postanowiłyśmy trochę poeksperymentować z moimi włosami i zrobić mi grzywkę. Ale coś poszło nie tak: wyszła za krótka i jeszcze krzywa... Ledwo powstrzymując łzy, wybiegłam z jej domu i przez całą drogę płakałam. I nagle dostałam od niej wiadomość: „Ja też obcięłam sobie grzywkę, żeby nie było ci tak przykro!”. Naprawdę to zrobiła — przy niej moja grzywka wyglądała wręcz normalnie! I wiecie co? Została świetną fryzjerką i teraz strzygę się tylko u niej. © VK
  • Przypomniała mi się pewna historia. Mama wysłała moją młodszą siostrę do sklepu pod domem. Dała jej pieniądze i torbę. Po 15 minutach wraca z zakupami: banan, guma do żucia, lizak i jogurt. Mama patrzy na nią zdziwiona i mówi: „Przecież prosiłam, żebyś kupiła chleb i śmietanę!”.
    Na co siostra, prawie ze łzami w oczach, odpowiada: „Ale ja zapomniałam, co miałam kupić...”. © Pikabu
  • Pewnego razu z kolegą zamieniliśmy się miejscami: on poszedł na lekcję do mojej klasy, a ja do jego. Złapali nas. Uznali w dodatku, że wagarujemy i postanowili, że najlepszą karą będzie... zawieszenie w zajęciach na jeden dzień. Zadzwonili do moich rodziców i powiedzieli, że złapali mnie na wagarach, więc za karę nie pójdę na lekcje. Na co moja mama odpowiedziała:
    „Czyli dajecie mu dokładnie to, czego chciał?”. Mimo to i tak mnie zawiesili. © Reddit
  • Kiedy moja młodsza siostra była w czwartej klasie, dziadek pomagał jej z matematyką. Pewnego razu, gdy już odrobiła całą pracę domową, dziadek postanowił pójść „krok dalej” i przez dobre dwie godziny tłumaczył jej zasadę pierwiastka kwadratowego. Ona przez cały czas poważnie kiwała głową i przytakiwała. W końcu dziadek postanowił sprawdzić, czy wszystko zrozumiała i zapytał:
    „Dobrze, to powiedz: z czego pierwiastkiem jest 2?”. Siostra długo marszczyła brwi, aż w końcu niepewnie wypaliła: „Z dębu?”. Od tamtej pory to powiedzenie wraca za każdym razem, gdy ktoś w rodzinie zaczyna się za bardzo mądrzyć. © VK
  • Synowie w wieku 9 i 5 lat pojechali w odwiedziny do babci na wieś. Na skraju wioski jest mały staw, porośnięty rzęsą — dzieciom surowo zabroniono tam chodzić. Chłopcy wyszli na spacer, wrócili do domu, a babcia zauważyła, że na sandałach mają rzęsę i mówi: „A wy co, łobuziaki, znowu poszliście nad staw?”. Młodszy spojrzał na starszego, podrapał się po głowie i powiedział:
    „Byliśmy tam we dwóch. Ja babci nie mówiłem. To kto nas wydał?”. © VK
  • Córka znajomej miała przesłuchanie do pierwszej klasy. Pytanie: „Co je niedźwiedź?”.
    Odpowiedź, której pewnie oczekiwali: „Miód, maliny, ryby”. A dziecko powiedziało: „Ludzi”.
    Do tej szkoły dziewczynki nie przyjęli. © Pikabu
  • Pierwszy dzień w pierwszej klasie. Zaprowadzono mnie do szkoły. Lekcje się skończyły, pora wracać do domu, ale nikt nie przyszedł mnie odebrać. Wpadłam w panikę, bo nie byłam przygotowana na taką sytuację, babcia miała po mnie przyjść. Następne, co pamiętam, to jak z płaczem biegnę do domu, jakimś cudem odnajdując drogę, którą jeszcze słabo znałam. Wbiegam na nasze piąte piętro, chcę zadzwonić, ale nie dosięgam do dzwonka! Zbiegłam więc na dół, wzięłam patyk, żeby sięgnąć do przycisku, wróciłam... A wtedy z mieszkania wyszła sąsiadka i pomogła mi zadzwonić. © Ideer
  • Kiedy byłem mały, chodziłem z rodzicami do sklepu. Często braliśmy po trzy jogurty. Kiedy kasjerka nabijała nie trzy, tylko jeden, myślałem, że w ten sposób pomaga nam oszczędzić pieniądze i że jest taka miła. A potem dorosłem i się rozczarowałem. © Ideer
  • W dzieciństwie mama wysłała mnie na kolonie nad morze. Jedni robili dla rodziców pamiątkowe laurki, inni kupowali magnesy, a ja po prostu uzbierałem dziesięciokilogramową torbę pięknych – jak mi się wtedy wydawało – morskich kamieni i po przyjeździe mamy wręczyłem jej ją z dumą. Mama śmiała się i płakała jednocześnie. © Ideer
  • W trzeciej klasie po raz pierwszy posadzili mnie w ławce z dziewczyną i zakochałem się w niej. Długo się wstydziłem, aż w końcu wpadło mi do głowy „genialne” zdanie, które uznałem za bardzo romantyczne: „Pachniesz jak odświeżacz powietrza!”. Koleżanka nie doceniła tego komplementu i następnego dnia przesiadła się w inne miejsce. Nie miała pojęcia, że to był mój ulubiony zapach. © VK

Cóż, to by było na tyle. Ale jeśli te historie sprawiły, że zrobiło wam się wstyd za samych siebie, to gratulujemy: wasze wewnętrzne dziecko żyje, ma się świetnie i wygląda na to, że właśnie znowu coś nabroiło.

A jeśli macie ochotę pośmiać się jeszcze trochę, polecamy poniższe artykuły:

Komentarze

Otrzymuj powiadomienia
Masz szczęście! Ten wątek jest pusty,
co oznacza, że masz prawo do pierwszego komentarza.
Śmiało!

Powiązane artykuły