20 historii o pierwszych pracach, które po latach bawią i zawstydzają jednocześnie

Ludzie
2 godziny temu
20 historii o pierwszych pracach, które po latach bawią i zawstydzają jednocześnie

Teraz jesteśmy poważnymi specjalistami i mistrzami w swoim fachu. A przecież były czasy, kiedy jedni z nas sprzedawali arbuzy, inni myli podłogi w kinach, a jeszcze inni krzyczeli: „Wolna kasa!”. I mieliśmy przy tym mnóstwo śmiechu! Do dziś zostały nam ciepłe i zabawne wspomnienia, mimo wszystkich trudności i absurdalnych sytuacji, w które wielu z nas regularnie wpadało.

  • W wieku 16 lat zaczęłam pracę w fastfoodowej kawiarence. Pewnego razu poproszono mnie o lody. Chwytam jakiś kartonik z lodówki, wlewam do maszyny, sypię orzeszki — gotowe. Kilka minut później ta sama dziewczyna wraca i mówi: „A mogę jeszcze jedne dla koleżanki?”. Trochę się dziwię, ale w milczeniu powtarzam tę samą czynność. Po pół godzinie otwieram lodówkę i zdaję sobie sprawę, że pojemniki z mieszanką mleczną i z sosem do sałatki „Cezar” wyglądały dokładnie tak samo! W skrócie — przez pół dnia sprzedawałam lody zrobione na bazie... sosu do sałatki.
  • Pracowałam w butiku. Pewnego razu jakaś kobieta kupiła drogą wieczorową sukienkę. Następnego dnia przyszła, żeby ją zwrócić. Mówię jej: „Nie można, sukienka była używana!”. A ona na to: „Udowodnij! Metka jest na miejscu”. Zatkało mnie. I wtedy ta pani oświadczyła z przebiegłą: „Zróbmy tak: ty przyjmiesz sukienkę, a ja nie napiszę na ciebie skargi, nikt nie dowie się o twoim błędzie”. Nie mogłam uwierzyć w tę bezczelność. Na szczęście w tym momencie do butiku weszła nasza szefowa. Natychmiast chwyciłam sukienkę, pobiegłam do niej i wyjaśniłam sprawę. Szefowa od razu wyprowadziła tę panią.
  • Bycie kierowcą dziecięcego autobusu to chyba jedna z najtrudniejszych prac na świecie. Chciałoby się puścić coś energicznego i dynamicznego, a tu trzeba codziennie słuchać tych samych monotonnych, przesłodzonych piosenek o stokrotkach, słońcu, chmurkach i hipopotamach. To była moja najtrudniejsza praca dorywcza w czasie studiów. © VK
  • W wieku 16 lat sprzedawałam chorągiewki na meczach piłkarskich. Połowę zarobionych pieniędzy wydawałam potem na jedną drożdżówkę. Za to poznałam tam chłopaka, który od dwudziestu lat jest moim bliskim przyjacielem — nasza więź przetrwała nawet po mojej przeprowadzce. © ADME
  • Podczas studiów w college’u dorabiałam w dużym centrum medycznym. Pewnego dnia przyszłam tam na rozmowę o pracę na pełen etat, do innego działu. Przed jej rozpoczęciem zaproszono mnie na spotkanie służbowe. Nikt mnie nikomu nie przedstawił — najwyraźniej uznali, że wszystkich już znam. Cały dzień spędziłam, rozmawiając z ludźmi i kompletnie nie wiedząc, kto jest kim. Nawet nie od razu zorientowałam się, który człowiek to szef, bo siedział cicho i w ogóle się nie odzywał. © Reddit
  • Pierwsze pieniądze zarobiłyśmy z kuzynką mając zaledwie 8-9 lat. Wtedy nasze pola były wyjątkowo plenne. Załadowałyśmy całe przyczepy arbuzów, melonów i dyń — zrobiłyśmy to jakieś 2-3 razy w jednym sezonie. A potem ustawiłyśmy skrzynki przy drodze (dziadkowie mieszkali w domu jednorodzinnym) i w ciągu dnia je sprzedawałyśmy. Szło nam całkiem nieźle. Już nie pamiętam, ile dokładnie zarobiłyśmy, ale dla nas były to konkretne pieniądze. A jeszcze wcześniej próbowałyśmy sprzedawać stare ubrania babci z kuferka w stodole — zszyte przeze mnie grubym jak palec szwem — i dziwiłyśmy się, że nikt ich nie chce kupić. © ADME
  • Pracowałam na pół etatu w małej restauracji typu fast food. Podczas mojej pierwszej zmiany wszystko szło gładko, aż nagle oszalał automat do napojów. Uzupełniałam syrop, a on zaczął tryskać na wszystkie strony jak hydrant strażacki. Cała podłoga była zalana lepką cieczą, a ja stałam przemoczona od stóp do głów. Wydawało się, że gorzej już być nie może, ale wtedy wszedł mój szef, poślizgnął się na rozlanej coli i runął jak bohater kreskówki. Wszyscy zamarli, a ja byłam pewna, że zaraz mnie zwolnią. Menedżer jednak wybuchnął śmiechem, a po chwili śmiał się już cały lokal. © Reddit
  • Pierwsze oficjalne pieniądze zarobiłam w 6. klasie. W szkole zaproponowano płatną pracę przy sprzątaniu terenu jesienią. Zgodziło się tylko około 10 osób z całej szkoły. Nie pamiętam kwoty, ale cieszyłam się pieniędzmi tylko do momentu, gdy mama i starsza siostra nalegały, żebym za cały zarobek sprawiła tacie prezent urodzinowy. Trzeba było kupić maszynkę do golenia z dodatkowymi ostrzami i różnymi kosmetykami do golenia i po goleniu. Taki „prezent od całej rodziny”. Nie zostało mi nawet na gumę do żucia... © ADME
  • Mój ojciec był wysokim urzędnikiem. Mama też miała dobrą pracę. A ja od 14. roku życia myłem nocami autobusy w zajezdni — latem i w czasie wakacji. Pieniądze oddawałem rodzinie i byłem z tego dumny. Robiłem to po prostu dla własnego poczucia wartości — żeby udowodnić, że ja też coś potrafię. © Igor / Dzen
  • W 4. lub 5. klasie mama załatwiła mi pracę przy zszywaniu dokumentów do teczek archiwalnych. Przynosiła papiery do domu, a ja wierciłam w plikach otwory według szablonu i ściągałam je sznurkiem. Tata dał mi wiertarkę elektryczną. Nie pamiętam, ile zarobiłam. A za pierwszą prawdziwą wypłatę kupiłam mamie ładną, miękką maskotkę. © Dzen
  • W 7. klasie udzielałam lekcji francuskiego sąsiadce — była w piątej klasie i dopiero zaczynała się go uczyć. Ja byłam prymuską, a jej zamożna mama postanowiła nie wydawać pieniędzy na normalnego korepetytora. Płacili mi produktami, na które moja rodzina nie mogła sobie pozwolić — czekoladami i cukierkami, trudno dostępnymi owocami i sokami. W tamtych latach jedliśmy normalnie, ale bez luksusów i słodyczy, więc bardzo się cieszyłam z takiej „zapłaty”. Dziś rozumiem, że lepiej byłoby brać pieniądze. Najzabawniejsze jest to, że w domu i tak mnie za tę „wypłatę” strofowano, bo mama i babcia uważały, że sąsiadom powinno się pomagać za darmo. © ADME
  • Już w wieku 9 lat zrozumiałam, że za pracę dostaje się wynagrodzenie. Ponieważ niemal całe dnie spędzaliśmy w domu kultury, „pracowałam” przy jasełkach organizowanych w czasie ferii zimowych, kiedy odbywało się nawet po kilka przedstawień dziennie. Najpierw grałam zająca, potem lisa, a w końcu „awansowałam” na Śnieżynkę. W przerwach między spektaklami karmiono nas w gabinecie dyrektora, a na koniec dnia dostawaliśmy darmowy prezent. Prawdziwe pieniądze zaczęłam zarabiać w technikum, w pierwszej klasie. Pracowałam nocami jako salowa na bloku operacyjnym. Nie wytrzymałam tam zbyt długo, ale kilka razy dostałam normalną wypłatę. © Dzen
  • Latem przed rozpoczęciem studiów postanowiłam sobie dorobić i zatrudniłam się jako pracownica stacji benzynowej. Miałam tam zmiennika — Olka, mojego rówieśnika. Jak się później okazało, jego ojciec, prorektor uniwersytetu, był moim opiekunem naukowym, gdy jeszcze w liceum pisałam pracę z literatury na konkurs. Z Olkiem ścigaliśmy się do bardziej zamożnych klientów, a na koniec zmiany porównywaliśmy, kto dostał więcej napiwków. Zawsze wygrywałam. Dziesięć lat później spotkaliśmy się służbowo — prowadziłam prezentację z ramienia banku w prokuraturze, a Tolek był prokuratorem, z którym trzeba było uzgodnić współpracę. Ale mieliśmy ubaw! Świetne wspomnienie. © saracco.olga
  • Byłam asystentką nieudolnego iluzjonisty. Zapraszano go do szkół i centrów handlowych, gdzie pokazywał proste sztuczki, które wychodziły mu... co drugi raz. Mówiono mu: „To twoja specjalność — tak jest jeszcze śmieszniej”. A kiedy wkraczałam ja? Gdy tylko kończył występ, moim zadaniem było wysłuchiwać jego narzekań na życie, potem wsadzać go do taksówki i sprzątać rekwizyty. Wytrzymałam pół roku — taka atmosfera była zbyt przygnębiająca. © VK
  • Razem z przyjaciółką na drugim roku studiów zatrudniłyśmy się jako sprzątaczki w kinie — myłyśmy podłogi w lobby, w toaletach i w sali kinowej. Pracowałyśmy praktycznie obok akademika, w sali można było znaleźć zgubione pod fotelami drobne, a pensja była znacznie wyższa niż nasze stypendium. Problem w tym, że wstydziłyśmy się spotkać tam znajomych, a do akademika wracałyśmy dopiero około pierwszej w nocy, podczas gdy drzwi zamykano o 23:00. Krótko mówiąc, za każdym razem musiałyśmy tłumaczyć się portierom. © asiia6118
  • Jestem studentką i dorabiam jako niania: odbieram chłopca z przedszkola, wożę go na zajęcia dodatkowe i zostaję z nim, dopóki rodzice nie wrócą z pracy. Rodzina jest młoda, spokojna i bez żadnych wygórowanych oczekiwań. Myślałam, że to będzie tylko tymczasowa praca dorywcza, ale okazało się, że jest o wiele przyjemniej, niż się spodziewałam. Zawsze pytają, czy nie jestem zmęczona, proponują, żebym zjadła z nimi kolację, a kiedyś, na moje urodziny, podarowali mi bon do księgarni. Niby drobiazg, ale było mi bardzo miło i zupełnie się tego nie spodziewałam. Czasem wieczorem mama chłopca mówi: „Bardzo nam pani pomaga, dziękujemy”. I wtedy rozumiem, że to nie jest tylko praca — to jest relacja. Pełna szacunku i zwykłej, ludzkiej życzliwości. A potem przypominam sobie moją pierwszą dorywczą pracę w kawiarni, gdzie menedżerka rzucała mi ścierkę i mówiła: „Co, nie widzisz, że tu jest brudno?”. Tam byłam tylko rękami i nogami, bez twarzy i imienia. A tutaj jestem człowiekiem. I wiem już na pewno, że to nie stanowisko decyduje o tym, jak są traktowani ludzie, tylko... inni ludzie. © VK
  • Na 2. roku studiów pracowałam jako sprzątaczka w teatrze. Praca była ciężka, sześć dni w tygodniu, ale w ramach bonusu mogłam za darmo zostawać na spektaklach. Obejrzałam wiele wspaniałych przedstawień, widziałam znanych aktorów zarówno na scenie, jak i na teatralnych korytarzach. A od 5. roku studiowałam już i pracowałam w zawodzie — jako inżynierka i projektantka. © teddy_bear_co_
  • Miałam 15 lat, kiedy pracowałam na targu, sprzedając urządzenie do robienia pierogów i uszek. Cały dzień stałam na słońcu, wałkowałam ciasto i krzyczałam na całe gardło:
    „Cudowna rurka — lepi i wycina! Pierogi, uszka!”. © avia_let
  • Na pierwszym roku studiów chodziłam z katalogami kosmetyków — tusze do rzęs, szminki, perfumy i cała reszta. Kiedyś przyszłam do klientki, a drzwi otworzyła jej teściowa. Syknęła:
    „Jej nie ma, jest w pracy, a ciebie nie chcę tu więcej widzieć!”. A nagle zza jej pleców, z chytrym uśmieszkiem, wyszła moja bezpośrednia konkurentka — też z katalogami pod pachą. Pomyślałam tylko: „No pięknie...”. Skontaktowałam się bezpośrednio z klientką, umówiłyśmy się w kawiarni, pogadałyśmy, wyżaliłyśmy się — ona na teściową, ja na panią, która próbowała mi podbierać klientki.
  • Od razu przypomina mi się praca w salonie fryzjerskim. Wtedy potrzebowałem jakiegokolwiek dorywczego zajęcia, żeby mieć kieszonkowe. Zamiatałem włosy i myłem podłogi. Kiedy poznałam swoją żonę, wydało mi się symboliczne, że pracuje w salonie piękności. Opowiedziałem jej, że moja pierwsza praca była właśnie we fryzjerstwie, choć nikogo tam nie strzygłam. Co ciekawe, później znów przyszło mi zamiatać w salonie fryzjerskim — ale tym razem już we własnym. Razem z żoną otworzyliśmy sieć salonów. Fajne uczucie, jakby los zatoczył koło. © VK

Takie dorywcze prace zapadają w pamięć wielu z nas niemal silniej niż przeżycia związane z pierwszą młodzieńczą miłością. Czy wy też macie podobne historie? Koniecznie podzielcie się nimi w komentarzach pod tym artykułem!

Masz jeszcze trochę wolnego czasu? W takim razie oto kolejne 20 historii — tym razem o sąsiadach, których wybryki przechodzą ludzkie pojęcie.

Komentarze

Otrzymuj powiadomienia
Masz szczęście! Ten wątek jest pusty,
co oznacza, że masz prawo do pierwszego komentarza.
Śmiało!

Powiązane artykuły