20 mistrzów remontu, o których nadal się mówi — jedni się śmieją, inni dziękują

Ludzie
miesiąc temu
20 mistrzów remontu, o których nadal się mówi — jedni się śmieją, inni dziękują

Bywają majsterkowicze, o których „pracy” jeszcze długo się mówi ze względu na jej konsekwencje. Oto zbiór historii, które z pewnością warto przeczytać, aby samemu zachować czujność, a przy okazji poprawić sobie nastrój.

  • W pewnym momencie w moim mieszkaniu zaczęło mocno śmierdzieć kanalizacją. Dziewięciopiętrowy blok, zapach dochodził z wentylacji w łazience. Zimą nie można było stale wietrzyć, więc zakleiłem wentylację i jednocześnie wezwałem hydraulików. Wyjaśniłem im sytuację, a w odpowiedzi usłyszałem: „No a czego się pan spodziewa? Sam jest pan winien”. Byłem zdziwiony i zapytałem, o co im chodzi. Okazało się, że wszystko przez plastikowe okna: „W drewnianych były szczeliny, powstawała naturalna wentylacja. A jak ma pan plastikowe, to zapach się gromadzi. Nic tu nie można poradzić”. Byłem zaskoczony taką „radą”, ale mimo to złożyłem pisemne oświadczenie w spółdzielni mieszkaniowej. Po dwóch dniach zapach zniknął. Widocznie „przeprojektowali” budynek. © Pikabu
  • Kupiliśmy mieszkanie w nowym budynku i zatrudniłem hydraulika do wykonania instalacji w stanie surowym. Umówiliśmy się, że za dwa miesiące wróci, żeby podłączyć grzejnik łazienkowy, baterie i sedes. Po dwóch miesiącach po niego zadzwoniłem. Długo majstrował, a potem nagle stwierdził: „Kto w ogóle robi takie przyłącza? Tu jest przesunięcie! Na twoim miejscu zadzwoniłbym do tamtego majstra i kazał to wszystko zrobić od nowa za darmo. Podłączyć się nie da!”.
    Odpowiedziałem: „Dobrze, zaraz do niego zadzwonię. I ani grosza mu nie zapłacę”. Wyciągnąłem telefon i wybrałem jego numer, a w kieszeni hydraulika odezwał się telefon. „To nie ten numer!” — oznajmił. Wtedy pokazałem mu zdjęcie, na którym wykonuje pracę. Zapadła cisza, a potem ledwo wymamrotał: „Pójdę po przejściówki i wszystko naprawię”. Po tym już go więcej nie widziałem. © Pikabu
  • Zatrudniłem kogoś, aby wymienił okna i odnowił kuchnię. Facet oszukał mnie na każdym kroku. Podłoga wyszła dobrze, ale z oknami i szafkami totalna klapa. Okazało się, że po prostu wynajmował pracowników na jeden dzień i w ogóle ich nie kontrolował. © Reddit
  • Siedzimy wieczorem w domu, nagle światło mignęło i zgasło. Biorę latarkę, narzędzia i idę do skrzynki — jestem elektrykiem. Patrzę, a tam odpadł przewód — robota na trzy minuty.
    Wychodzi sąsiad, który dopiero co się wprowadził, i pyta, co zamierzam robić. Odpowiadam: „Przykręcę śrubę i włożę przewód”. Wtedy on bez słowa wziął kombinerki i docisnął przewód do styku. Poleciały iskry i dym, ale przewód się „przyspawał”. Wtedy zadowolony stwierdził: „No, teraz można wzywać pogotowie energetyczne. Jestem spawaczem”. © VK
  • Byłam wtedy studentką. Pewnego razu wróciłam do mieszkania i zobaczyłam, że kran w kuchni się zepsuł — nie było sensu go naprawiać, trzeba było wymienić cały. Oczywiście kompletnie się na tym nie znałam, więc zadzwoniłam po hydraulika. Siedziałam i czekałam na wybawcę, aż w końcu przyszedł starszy pan, zobaczył moje biedne mieszkanie i szybko wszystko naprawił. Kiedy już się zbierał do wyjścia, zapytałam: „Ile jestem winna?”. Wtedy on, nie przerywając ubierania się, odpowiedział: „Nic. Oddasz jak zaczniesz pracować”, mrugnął do mnie i wyszedł.
    Długo potem o nim myślałam — miło było spotkać człowieka, który pomaga z czystej życzliwości. © VK
  • Zadzwonił klient — zgubił klucze. Podałem cenę za otwarcie drzwi bez uszkodzeń. W odpowiedzi usłyszałem: „Za drogo, są tańsze opcje”. Wieczorem kolega z pracy wysłał wiadomość na grupowym na czacie. Sprawdziliśmy numer — ten sam klient! Przesłał zdjęcie i wyszło na jaw, że „tańszy fachowiec” przez dwie godziny próbował otworzyć drzwi, zniszczył je, wydłubał zamki, wziął znacznie więcej pieniędzy i po prostu zniknął. © Pikabu
  • U koleżanki zepsuła się pralka. Nie zastanawiając się długo, znalazła fachowca w internecie. Ten długo coś tam majstrował, kręcił się przy urządzeniu, aż w końcu orzekł: „Kup nową, ta jest do niczego, nie da się jej naprawić”. I jeszcze za tę „diagnozę” zażądał niemałej sumy.
    Koleżanka była załamana — na nową pralkę nie miała pieniędzy. I wtedy na klatce schodowej zagadała do nowego sąsiada. Obiecał, że zajrzy i zobaczy, co da się zrobić. Przyszedł, wszystko obejrzał i okazało się, że tamten „fachowiec” spalił jakąś płytkę, a prawdziwa usterka była banalna i tania w naprawie. Kupili potrzebne części i sąsiad wszystko naprawił. Później koleżanka poczytała w internecie opinie o tamtym pseudo-specjaliście — większość była bardzo negatywna. Dorzuciła więc i swój komentarz. © VK
  • W zeszłe lato z kanapy wyskoczyła sprężyna. Zadzwoniłem do sklepu i opisałem problem. Gwarancja już minęła, ale zapytałem, czy da się coś zrobić. Wpisali mnie na listę oczekujących, a potem oddzwonili: „W sobotę o 13:00 przyjdzie fachowiec, mamy części, wszystko naprawi, godzinę wcześniej damy znać”. Było lato, sobota, grill i natura wzywały, ale mebel wymagał naprawy. Na szczęście majster zadzwonił i powiedział: „Znajomi zaprosili mnie na grilla, mogę przyjechać w niedzielę?”. Pomyślałem, że ma całkowitą rację — sprężyna poczeka. Zgodziłem się i sam pojechałem na łono natury. Następnego dnia fachowiec przyjechał i wszystko doskonale naprawił. Poczęstowałem go wodą mineralną. Człowiek uratował zarówno moje, jak i swoje weekendowe plany. © Pikabu
  • Miałem problem z lodówką: postanowiłem ją umyć, nie wyłączając z prądu. Spędziłem na tym jakieś 20 minut, drzwi przez cały czas były otwarte. W efekcie lodówka przestała chłodzić, a zamrażarka — mrozić. Bez dłuższego zastanowienia zgłosiłem usterkę przez internet, odezwał się fachowiec: stwierdził, że to uszkodzony kompresor i zaproponował wymianę na używany za sporą kwotę. Przerwałem połączenie i zadzwoniłem do innego specjalisty. Powiedział:
    „Na dole jest kratka na czterech śrubkach, odkręć ją. Po prawej stronie zobaczysz zbiornik — pewnie cały w kurzu. Ostrożnie usuń cały kurz i zadzwoń za osiem godzin. Jeśli nie zadziała, przyjadę”. Minęło już półtora roku, a lodówka działa bez zarzutu. Fachowiec odmówił przyjęcia pieniędzy, choć bardzo nalegałem. © Pikabu
  • Znajomy kupił samochód z drugiej ręki. Po roku alarm zaczął dziwnie działać: pilot łączył się z autem, ale połowa funkcji nie reagowała. Pojechał do jednego warsztatu — uznali, że to wymaga poważnej naprawy i dali drogą wycenę. Nie miał pieniędzy, więc odłożył sprawę. Tydzień później zajrzał do innego serwisu. Mechanik spojrzał na pilot i pyta:
    — Nie był pan ostatnio w jakimś warsztacie?
    — Byłem, wymieniałem olej, filtry i drobną elektrykę.
    — Widzi pan symbol kluczyka na ekranie? Poprzedni mechanicy włączyli tryb serwisowy alarmu i zapomnieli go wyłączyć. Proszę nacisnąć ten przycisk i przytrzymać 5 sekund. Sprawdźmy.
    Wszystko zaczęło działać. Znajomemu ledwo udało się wsunąć mechanikowi do kieszeni drobną zapłatę. © Pikabu
  • Wykonawca, którego zatrudniłem, użył kuchennej wyspy jako stołu roboczego i... przeciął ją piłą. Potem stwierdził, że „trochę szpachli wszystko naprawi”. Natychmiast go zwolniłem.
    Kiedy odjeżdżał, przejechał po naszym 20-letnim rododendronie i wyrwał go z korzeniami. © Strange-Highway1863 / Reddit
  • W poprzednim mieszkaniu pralka nie chciała się otworzyć po zakończeniu prania. Nie znam się na takich rzeczach, więc naciskałem wszystkie możliwe przyciski, odłączyłem ją od prądu, podłączyłem z powrotem — bez skutku. Znalazłem fachowca. Rozebrał pół pralki i stwierdził, że trzeba wymienić główną płytę — drogi interes, ale podobno on może zrobić to taniej. Pomyślałem jednak, że skonsultuję się jeszcze z kimś innym. Drugi specjalista przyszedł, wyciągnął spod pralki skarpetkę, wziął uczciwe wynagrodzenie i wyszedł. Pralka działała bez zarzutu do końca naszego pobytu. © charmag / Pikabu
  • Pojechałem na spacer z synem i wózkiem, a po drodze wstąpiłem do wulkanizacji, żeby dopompować koła. Gdy młody mechanik zaczął się tym zajmować, przyszedł drugi, starszy. Spojrzał na mnie, na wózek i na syna:
    — Na przegląd przyjechaliście?
    Uśmiechnąłem się:
    — Tak, zawieszenie trochę skrzypi na wybojach, a prawe koło grzechocze.
    Starszy mechanik wziął narzędzia, uśmiechnął się do syna i powiedział:
    — Nie przystoi takiemu młodemu kierowcy jeździć niesprawnym pojazdem! Zaraz to naprawimy.
    Tu coś dokręcił, tam coś nasmarował.
    — Gotowe, jak nowy. Wpadnijcie wiosną na przegląd, bo o sprzęt trzeba dbać.
    Syn odpowiedział coś po swojemu, a za pompowanie kół pieniędzy nie wzięli, tylko życzyli nam miłego dnia. Wózek już nie skrzypi ani nie grzechocze – mechanikowi należą się wielkie brawa. © Pikabu
  • Zacząłem ostatnio zauważać, że coś się zmieniło w dźwięku silnika. Stał się jakiś głośniejszy, niż powinien być. Skonsultowałem się z kolegą, który zazwyczaj naprawia mi samochód i doszliśmy do wniosku, że pewnie coś przepaliło się w układzie wydechowym. Znalazłem warsztat niedaleko domu, poczytałem opinie: ludzie pisali, że robią dobrze, ale drożej niż przeciętnie. Znam innych fachowców, którzy też robią solidnie i w rozsądnych cenach, ale są daleko, a ja jestem leniwy – zwłaszcza na urlopie. Zadzwoniłem więc i umówiłem się w bliższym zakładzie. Przyjechałem, wjechałem autem na podnośnik. Mechanik obejrzał i mówi: „Plecionka wydechowa przepalona. Wymiana z robocizną to 500 złotych”. Trochę drogo, ale przecież ostrzegali w opiniach, więc mówię: „Nie ma sprawy, róbcie”. A on: „Tak po prostu? A może się potargujemy? Albo powie pan, że gdzieś tam taniej zrobią? Albo że przecież tylko kawałek rury trzeba dospawać?”. Ja: „Nie, pięćset to pięćset. Róbcie”. On: „Skoro tak, to proszę poczekać pół godziny. Zrobimy za czterysta”. Naprawdę zrobili w pół godziny i policzyli mniej, niż zapowiadali – miło. © Pikabu
  • Pewne małżeństwo przyniosło do naprawy telewizor – „bo nudno w kuchni bez niego, proszę naprawić”. Sprzęt został naprawiony, więc przyszli go odebrać. Włączyliśmy, a oni od razu zaczęli kręcić nosami: „U nas działał lepiej! Co to za blady obraz? Gdzie kolory, gdzie jasność? Źle naprawione!”. Fachowiec poprosił, żeby chwilę poczekali i zabrał telewizor na zaplecze. Po dwóch minutach wrócił i włączył urządzenie – lewa połowa ekranu była jasna, żywa i kolorowa, a prawa nadal matowa i wyblakła. Mąż zaczął coś podejrzewać, ale żona już się gotowała: „Co to ma być?! Dlaczego tylko połowa jest dobra? To jakiś przekręt?! Jeszcze chcecie za to pieniądze?!”. Wziąłem wilgotną ściereczkę i zacząłem przecierać „złą” stronę ekranu. Obraz od razu się rozjaśnił. Podałem jej ściereczkę, żeby dokończyła, ale tylko burknęła do męża: „Czekam na ciebie na zewnątrz”. Po czym odwróciła się i wyszła bez słowa. © Pikabu
  • Zepsuła się lodówka — główna komora przestała chłodzić. Przyszedł fachowiec, odkręcił płytę i stwierdził, że to właśnie ona jest winna, a naprawa będzie kosztować całkiem sporo. Podczas gdy odprawiał swoje „czary nad sprzętem”, lodówka zdążyła się rozmrozić... i nagle zaczęła działać. Okazało się, że otwór, którym zimne powietrze z zamrażarki trafia do chłodziarki, zamarzł i został zablokowany. Zapłaciłem mu za „mistrzowski pokaz” i grzecznie go pożegnałem. Od tamtej pory, gdy dzieje się coś podobnego, naprawiam to sam. © Pikabu
  • Mój ojciec ma wyjątkowego pecha, jeśli chodzi o znalezienie ludzi do — wydawałoby się — prostych prac. Pewnego razu zatrudnił fachowca, żeby zrobił remont w łazience, podczas gdy ojciec wyjechał na tydzień. Kiedy wrócił, okazało się, że jedyne, co majster zrobił, to... zdjęcie sedesu i rozebranie prysznic. Czyli nic nie zostało naprawione — tylko zdemontowane. Po kilku tygodniach w końcu zwolnił tego „specjalistę”, a nowa ekipa uporała się ze wszystkim w trzy dni. © Reddit
  • U krewnych zepsuł się 32-calowy telewizor. Wezwali fachowca, obejrzał urządzenie i powiedział, że trzeba wymienić główną płytę. Kosztuje to prawie tyle, co nowy telewizor, więc postanowili nie wydawać pieniędzy i poprosili mnie o wybranie nowego. Powiedziałem, że najpierw sam zerknę na ten stary. Nie miałem wielkich nadziei, ale po zdjęciu tylnej obudowy od razu rzuciły mi się w oczy spuchnięte kondensatory. Znalazłem odpowiednie w starych płytkach radiowych, przylutowałem i telewizor ożył. © Alax / Pikabu
  • Ciotka zamówiła do swojego domku okropnie drogie, włoskie drzwi vintage. Razem z bratem zdjęliśmy stare skrzydło z zawiasów, ale wezwany fachowiec nie mógł przyjechać. Zawołaliśmy więc miejscowego specjalistę i sami poszliśmy do kuchni. Wracamy i nie wierzymy własnym oczom: facet wpadł na pomysł, żeby wynieść drogie drzwi na śmietnik, bo są „stare”, a na miejsce wstawił poprzednie. Ciotka wpadła w histerię i szybko pobiegła na śmietnik, ale na szczęście drzwi nikt nie ukradł. © VK
  • Mieszkam w domu jednorodzinnym i pękła mi rura. Na dworze —10 °C, siedzę w wykopie, wyciągam wodę, próbuję dodzwonić się do dyspozytora, ale bez skutku. Po kilku próbach odebrała młoda dziewczyna. Drżącym z zimna głosem tłumaczę sytuację i proszę o wysłanie fachowca. A ona na to: „Musi pan przyjechać do oddziału napraw i podpisać umowę na wykonanie usługi”. Po 15 minutach strachu, zimna i krzyków, fachowiec w końcu przyjechał. © VK

Jak widzicie, z fachowcami nigdy nie jest nudno — potrafią zarówno rozbawić, jak i zaskoczyć swoją pomysłowością. A jeśli chcecie więcej opowieści o remontach z nieoczekiwanymi zwrotami akcji, zajrzyjcie tutaj — jest co poczytać!

Komentarze

Otrzymuj powiadomienia
Masz szczęście! Ten wątek jest pusty,
co oznacza, że masz prawo do pierwszego komentarza.
Śmiało!

Powiązane artykuły