14 krewnych, którzy uważają, że lepiej od nas wiedzą, jak powinniśmy wychowywać nasze dzieci

Rodzina i dzieci
2 miesiące temu

Wydawać by się mogło, że nikt nie wie lepiej, jak wychować dziecko, niż jego rodzice. Jednak teściowe, siostry i matki bohaterów tego artykułu z pewnością będą polemizować z tym stwierdzeniem. Są przekonane, że wiedzą lepiej, jak powinny zachowywać się cudze dzieci. Czytając te historie, możemy tylko życzyć rodzicom siły i cierpliwości: nie tylko muszą opiekować się swoim dzieckiem, ale także walczyć z krewnymi.

  • Pochodzę z dysfunkcyjnej rodziny. Teraz mam 28 lat, jestem mężatką, nie utrzymuję kontaktu z rodzicami. I wszystko wydaje się być w porządku, z wyjątkiem mojej teściowej i jej maniakalnego pragnienia zastąpienia mi matki. Każe mi mówić do siebie „mamo”, mówi do mnie, jakbym była upośledzona: tłumaczy, jak dobrać podpaski, kiedy założyć kurtkę, jaki biustonosz jest potrzebny do moich piersi. Przez całą ciążę karmiła mnie orzechami włoskimi, namawiała na wizytę u ginekologa. Dowiedziała się, kiedy zaczęłam rodzić, i pognała do szpitala, ale, dzięki Bogu, nie została wpuszczona. Przesiadywała w moim pokoju szpitalnym całymi godzinami, przynosiła mi kaczkę (do toalety chodziłam sama, na własnych nogach). Codziennie przychodziła „pomagać” przy dziecku, choć nie była o to proszona, a gdy jej nie wpuszczałam, siedziała przy wejściu, aż mąż przychodził z pracy, i wchodziła razem z nim. Próbowałam rozmawiać z nią grzecznie. Tłumaczyłam, że nie potrzebuję mamy, że jakoś sama ogarnęłam podpaski i staniki, że umiem jeść i myć pupę; że wiem, jak postępować z dzieckiem; że przecież nie jestem już małą dziewczynką. W końcu krzyknęłam do męża: „Zabierz ją ode mnie!”. Po prostu się jej boję. To prawdziwa maniaczka z manią prześladowczą.
  • Moi rodzice podarowali mojej córce kolczyki na urodziny. Córka ma roczek i nie ma przekłutych uszu. Powiedziałam, że zachowam kolczyki do czasu, aż dorośnie i sama je sobie przekłuje. Zostawiliśmy córkę u dziadków i poszliśmy z wizytą do przyjaciółki. Wróciliśmy, a moja matka oznajmiła, że nie możemy nigdzie iść, ponieważ zabrali moją córkę, aby przekłuć jej uszy. Byłam wściekła, zabrałam stamtąd córkę, a gdy wychodziliśmy, mój mąż powiedział, że więcej nie zostawimy im dziecka. A rodzice na to: „Co ty sobie myślisz, przekłuwaliśmy uszy tobie i twojej siostrze w dzieciństwie i nic się nie stało”. Generalnie postawiłam im warunek: jeśli chcą jeszcze raz zobaczyć moją wnuczkę, niech oboje zrobią sobie kolczyki w nosie. A oni mówią, że jestem głupia i tego nie zrobią. © New_Army_5718 / Reddit
  • Niedawno oddaliśmy nasze siedmioletnie dziecko na jogę i mimochodem opowiedzieliśmy o tym teściom. Nie wiem, co oni sobie pomyśleli, ale gdy krewni się dowiedzieli, zasypali mnie telefonami, że oddaliśmy dziecko do sekty, że to pranie mózgu, dzieci będą medytować 24 godziny na dobę i w ogóle. Powiedzieliśmy trenerowi, zaśmiał się i powiedział: „Jaka znowu medytacja, dzieci nie potrafią nawet ustać na jednej nodze przez 30 sekund. Albo się nudzą, albo tracą równowagę”.
  • Odwiedziła nas moja przyrodnia siostra. W dzieciństwie dobrze się dogadywałyśmy. Moja córka przytulała ją i ciągnęła, żeby pokazać jej zabawki. Mamy taką dziewczynkę, bardzo otwartą i towarzyską, gotową przytulić każdego. Wieczorem zjedliśmy kolację, córka biegała, wspinała się na kolana mojej siostry, krótko mówiąc, zachowywała się jak zwykle. Zapytałam ją, czy jest zmęczona moim dzieckiem, odpowiedziała, że wszystko w porządku, jest nauczycielką, a dzieci to jej żywioł. Rano siostra wyjechała, a w ciągu 2 tygodni zadzwonili do nas wszyscy krewni mojego ojca. Okazuje się, że moja siostra powiedziała im, że spędziła straszny wieczór w naszym towarzystwie. Rozumiecie, współczuła naszemu niekochanemu i przestraszonemu dziecku. Twierdziła, że córka lgnie do niej, do obcej osoby, by zdobyć uczucia, których rodzice jej nie dają. Dziecko pyta o pozwolenie, zanim coś weźmie — najwyraźniej jest pod silną presją. Dziękuje za słodycze i za nalanie jej wody — trzymamy biedactwo w komórce, za szklankę wody dziecko mówi „dziękuję”, to skandal! Siostra wszystkie te wnioski poparła swoim doświadczeniem i wykształceniem pedagogicznym. Wrzuciliśmy ją na listę niechcianych gości.
  • A nasi krewni, wręcz przeciwnie, są obrażeni, gdy nasza córka nie biegnie do nich z piskiem radości i zaczyna płakać, jeśli nadal próbują ją złapać i ścisnąć. Nazwali ją nawet dzikuską. Nie rozumieją, że ona potrzebuje jeszcze czasu, żeby się przyzwyczaić i nie bać. Fakt, że widuje ich najwyżej raz na pół roku, a ogólnie ma nieco ponad dwa lata, ich nie obchodzi.
  • Kiedy urodziła się moja długo wyczekiwana córka, teściowa i siostra mojego męża zupełnie oszalały. Przychodziły do naszego domu codziennie bez uprzedzenia, brały dziecko na ręce bez pozwolenia, narzucały rady, nie pozwalały mi zbliżyć się do córki, stały nad moją głową podczas karmienia piersią, a teściowa nawet ugniatała moje piersi, żeby lepiej je ułożyć. Myślałam, że postradam zmysły. Żadna rozmowa nie przyniosła skutku. W końcu moje mleko skończyło się w drugim miesiącu i przestałam lubić moją córkę, ponieważ to ona była przyczyną całego stresu. Nigdy nie zdążyłam jej pokochać, bo dziecko odbierano mi zaraz po karmieniu.
  • Moja córka nie lubi kotletów rybnych z powodu nieprzyjemnego incydentu w przedszkolu. Okazało się to wyzwaniem dla wszystkich krewnych. Z kimkolwiek ją zostawiam — mamą czy krewnymi męża — wieczorem z radością opowiadają mi, jak karmili dziecko kotletami rybnymi. Są dwa warianty dalszych wydarzeń: albo karmili ukradkiem, mówiąc, że to kotlety mięsne, a dziecko jadło z przyjemnością, albo najpierw karmili, a potem mówili, że kotlety są z ryby. I koronny komentarz: „Widzisz, nawet nie zdawałaś sobie sprawy, że to ryba!”. Co za idiotyczny pomysł! Dobre wychowanie nie pozwala mi powiedzieć bliskim, że z powodu ich wyczynów dziecko nie ufa nawet mnie. W mojej diecie w ogóle nie ma teraz kotletów, a uwielbiam je. Wszystko przez moich krewnych, bo za każdym razem, gdy jem kotlety, przechodzę przez cyrk w stylu: „Jesteś pewna, że nie są rybne? Nie, nie zjem ich, na wypadek, gdyby jednak były rybne”.
  • Kiedyś wysłano mnie na letni obóz z moją starszą kuzynką. Miała mnie pilnować. I pilnowała. W południe zabierała mi herbatniki, zostawiając tylko przegotowane mleko z kożuchem. Mówiła: „Słodycze ci szkodzą i psują zęby”. Na obiad zabierała mi kotlety, zostawiając tylko makaron. Mówiła: „Mięso jest dla ciebie złe. Wegetarianie żyją dłużej”. Tak samo było z owocami, masłem, piernikami, sałatkami i innym „szkodliwym” dla dziecka jedzeniem. Dostawałam makaron, suchy chleb, surówkę z kapusty, chudą zupkę i kompot bez moreli. Dobrze, że ważono nas co tydzień, a gwałtowny spadek wagi u dziecka stawał się powodem do zmartwienia. Tak to wszystko wyszło na jaw. W trybie pilnym oddzielono mnie od „ulubionej siostry” i przeniesiono do innej grupy, powiadamiając o tym rodziców. Najbardziej obraźliwe jest to, że tylko moja matka uwierzyła w tę historię. Ojciec uznał, że zmyślam, i zbeształ mnie za to, że nie kocham własnej kuzynki.
  • Moja teściowa i siostra mojego męża dają prezenty moim dzieciom za każdym razem, gdy się spotykamy, a często są to wszelkiego rodzaju czekoladki, które nie są mile widziane w diecie moich dzieci. A jak nic nie ma, to przepraszają. Besztam je, mówiąc, że nie powinny przyzwyczajać dzieci do tego, że od razu myślą tylko o tym, co dostaną. Nie rozumieją. Uważają, że nie mogą przyjść z pustymi rękami. A moja mama za każdym razem, gdy przyjeżdżam do brata, żąda, żebym przywiozła coś wszystkim jego dzieciom (a jest ich troje!). Myślę, że to niepotrzebne. Moim dzieciom niczego nie brakuje, to, czego potrzebują, kupię im sama, a rodzice innych dzieci niech je utrzymują.
  • Babcia wpycha Agacie do buzi niemyte truskawki. Krzyczę, że to nie w porządku. Jedziemy do sali zabaw, a godzinę później moją córkę boli brzuch. Wracam do domu ze szlochającym dzieckiem, wręczam je babci i mówię: „Nieumyte truskawki!”. A babcia naturalnie: „To nie od truskawek”. Żeby było jasne, babcia złapała nas na ulicy, gdy szłyśmy do samochodu. Nawet jej nie odwiedzałyśmy. Po prostu wepchnęła truskawkę do ust dziecka swoimi brudnymi rękami szybciej, niż mogłam zareagować.
  • Jeszcze zanim urodziła się nasza córka, poprosiliśmy, by nie dawać jej niczego różowego. Nie potrzebujemy w jej i naszym życiu narzuconych stereotypów: różowy dla dziewczynek, niebieski dla chłopców. Bez różu nie przestanie być dziewczynką. Ale kiedy dorośnie, będzie wiedziała, co lubi, bez postawy „dziewczynki potrzebują tylko różowych rzeczy”. I w zasadzie poprosiliśmy, aby nie dawać ubrań, ponieważ chcemy sami wybrać je dla dziecka (tak, mamy wiele zgromadzonych rzeczy). Czy nas usłyszeli? Oczywiście, że nie. Już na etapie ciąży zaczęło się: „Nie mogliśmy się oprzeć, wybraliśmy różowe, przecież to będzie dziewczynka”, „Były tylko niebieskie, a przecież niebieski jest dla chłopców” i tak dalej. Kiedy przypominają sobie o naszej prośbie, śmieją się lub przez sekundę robią minę winowajcy i nadal podziwiają różową bezę, w którą chcą zamienić nasze dziecko. Ktoś wprost deklaruje, że będzie dawał tylko różowe prezenty, „bo to takie słodkie!”. Nie chcę wchodzić w konflikt o tak pozornie małą rzecz . Ale szafa dziecka już jest pełna tego nieszczególnie pożądanego koloru. Zdaję sobie sprawę, że według niektórych dostaję prezenty i kręcę na nie nosem, ale te, które mamy, są w użyciu. Szkoda tylko, że wszystkie są robione wbrew naszym życzeniom.
  • Mój mąż i ja mamy brązowe włosy i jasne oczy, ale dziecko urodziło się ciemne i brązowookie. Mąż od razu chciał zrobić test DNA, ja się nie sprzeciwiałam, bo sama byłam zdziwiona. Nie wiedziałam, czy to pomyłka, czy coś innego. Test potwierdził, że dziecko jest nasze, po prostu tak zadziałały geny. Ale teraz teściowa jest pewna, że dziecko nie jest jej syna, a on mnie po prostu kryje przed innymi. Wyniki testu jej nie przekonały, podobnie jak reszty rodziny. Teściowa i szwagierka wieszają na mnie psy, teść nazywa mnie puszczalską, a syna frajerem. Postanowiliśmy przeprowadzić się do innego miasta, bo dzięki moim krewnym sąsiedzi patrzą na nas krzywo. Wcześniej nie byliśmy w szczególnie dobrych relacjach, szkoda tylko, że przez nich musimy zmienić miasto. Ale myślimy, że będzie lepiej i spokojniej.
  • Moja córka płakała. Powiedziałam jej: „W porządku, płacz, ile potrzebujesz, będę przy tobie”.
    Moja teściowa podeszła i powiedziała: „Nie rycz mi tutaj, jak chcesz płakać, idź do domu!”. Zebrałam dzieci w minutę i wyszliśmy. W tym momencie kontakty z babcią można uznać za zakończone. Jeśli nie na zawsze, to na długi czas.
  • Moja córka w wieku 3 lat została na lato u babci. Bardzo za nią tęskniłam, ale sama byłam bardzo daleko, a na wyjazd przynajmniej raz w tygodniu brakowało finansów. Jedna z wielu ciotek mojego męża pojechała odwiedzić moją teściową. Po przyjeździe podniosła wrzask, że strasznie wychowujemy córkę. Żadnych szczegółów, tylko „zgroza, zgroza, co z tego dziecka wyrośnie”. Przepłakałam całą noc i pojechałam po córkę. Przyjechałam i okazało się, że dziecko po prostu nie pójdzie na kolana do kobiety, której nie zna, nawet po tabliczkę czekolady. To wszystko. Ale najwyraźniej musi znać wszystkich swoich licznych krewnych z widzenia i całe drzewo genealogiczne aż do ósmego pokolenia wstecz.

Wspaniale, jeśli zawsze możemy liczyć na wsparcie ze strony rodziny, ale niekiedy nasi krewni są raczej powodem irytacji i nieustannych kłopotów.

Komentarze

Otrzymuj powiadomienia
Masz szczęście! Ten wątek jest pusty,
co oznacza, że masz prawo do pierwszego komentarza.
Śmiało!

Powiązane artykuły